czwartek, 27 listopada 2008

pusto, zimno, mdło. - uciełam sobie skrzydła.

Zbyt czasem zmęczona jestem na oddech, zbyt przytłoczona swoim złem. Chciałaby czasem zapaść się pod ziemie, albo też umieć rozpłynąć się w powietrzu. Ciekawiłoby mnie wtedy kto zacznie mnie szukać. W głowie woodstokowo- ostródowe wspomnienia, w głowie nieco lipca i listopada. W sercu taki tlący się żar, taki skrawek ciepła, taki idiom postrzegania Cię przez pryzmat mojego lisa. ‘ przyjaźń to chyba za dużo słowo’ – nie wiem, być może nawet tyle nie jestem w stanie ogarnąć moim małym sercem i małym rozumkiem, że nie rozumiem takich słów, że tak boleśnie odczuwam je w sobie. Za dożo, za mocno, za wiele. Mnie też w moim życiu za dużo, mnie też. Nie mam w pokoju obok napisanej karteczki zawieszonej na drzwiach na której nadrukowano ‘wyjście ewakuacyjne twojej porąbanej duszy’ – nie mam. Nie mam dokąd uciekać. Jestem w takim pogmatwanym labiryncie. Zapuszczone serce nie trzymające się spójnie w całości i brak wiary.
Chciałabym kiedyś nauczyć się pisać o samotności w wydźwięku uśmiechu pokory. Chciałabym czasem nie przeżywać , nie przeczuwać, nie czuć absolutnie. Wypala się we mnie rzecz, która była jedyną odskocznią – wypala się we mnie radość. Zostałam rzucona na głębokie wody już kilka lat temu, i zawsze, zawsze borykam się z tym samym problemem. Kiedy zaczynam mówić- gani się mnie za słowa, kiedy się otwieram – zamyka się mnie absolutnym chłodem serc, a kiedy jestem silna i odległa, nikt nie zauważa we mnie potrzeby ciepła.
Nigdy nie skrępowałam nikogo liną powinności. Tak lubiąc szczerość i naturalność relacji, tak ceniąc u Was / u Ciebie / U Niego czy u Niej chęć. Ceniłam.
Lubię formę przeszłą czasowników wyrażających czucie. Takich jak wierzyłam, kochałam, trwałam, czułam, radowałam się. Tak nieodzownie poznaje coraz to głębsze spustoszenie swojego ‘ja’ poprzez tę właśnie przeszła formę.
Dziś czuje się tak niczyja i tak niewidzialna jak może czuć się człowiek w momencie kiedy zostaje sam. Uwierzyłby mi ktoś, gdybym powiedziała, że się śmieje z siebie? Przecież ideologia pojawiania się w postaci cichego anioła i znikania kiedy spełni się swoja misje była mi tak dobrze znana, tak często wprowadzałam ją w życie. A teraz… chyba chciałam po części być fragmentem czyjegoś świata, chyba chciałam czuć, że mam się dla kogo budzić, dla kogo śmiać i dla kogo mogłabym zrobić wiele. To nie kwestia poświęcenia, a kwestia…ludzkiej duszy pozostawionej samej sobie na pustkowiu zdrady, kłamstwa i wykorzystania. Bolało. Wbijało się w serce jak rozgrzane sztylety. Bolała tamta miłość, bolały fundamenty wariatkowa, bolała niemożność bycia kimś dla kogokolwiek, bolało niemiłosiernie, wykręcało z bólu dusze, wymiotło ją z uczuć do cna.
Znowu pozostaje mi jedyny przyjaciel, klawiatura. Rytmiczne uderzanie w nią, kilka słów żeby było mi łatwiej i potem kolejna maska i kolejne udawanie, że mnie nie ma dla nikogo, że mój świat zamknął się w skorupce orzecha włoskiego a moje marzenia ograniczyły się do modlitwy o spokój.
Spustoszenie. Tragiczne w swym wydźwięku, milionowe w swoim trywialnym akcie, i takie tylko moje i tylko dla mnie. Już nigdy nikomu nic o sobie. Już nigdy nikomu o tym czego pragnę , już nigdy nikomu o tym, że mi zależy, już nigdy nikomu o żadnym duszy odczuciu, już nigdy nikomu. Tak właśnie człowiek zamyka drzwi swojego świata przed rzeczywistością, udając że każdy kolejny dzień jest tylko dniem, że samotność jest przeznaczeniem, że ból kiedyś obróci się w radość.
Kiedy przestane znosić? Kiedy wyleje się we mnie to co tak skrzętnie w sobie na nowo ukrywam? Kiedy zacznę myśleć, że dla mnie jest już za późno.
Wiem jedno. Zaufanie niszczy. Kiedy pokazuje siebie, tracę nawet tak skromne szanse jak przyjaźń. Wszystko tracę kiedy proszę o pomoc, tracę, gdy nie umiem sobie poradzić przez chwil kilka, tracę kiedy pragnę tylko zwinięcia się w kłębek obok człowieka któremu ufam nieskazitelnie i pełnie i wylania tych litrów łez, które we mnie.
Ile znieść może jeden człowiek?

Ile jeszcze ja mogę znieść…

2 komentarze:

trzywjednym pisze...

ten adres kojarzy mi się z woodstockiem.

i tylko stuk, puk w klawiaturę i tylko cicha melodia klawiszy.

naiwna pisze...

wręcz obleśnym pesymizmem i cholerną samotnością bije od tych słów. tak właśnie jest, kiedy znika Ci sprzed oczu osoba, która miała tam być troszkę dłużej. a teraz czujesz się niepotrzebna. nie tylko niepotrzebna Jemu, nie tylko całemu światu, ale też sobie. chyba każdy zna to uczucie.
ale wiesz, kochanie, że najważniejsza jest wiara? w przyszłość, w ludzi, w siebie. w zmiany. ja wiem, że jest trudno, że to tylko gadanie, ale wierzę, w Ciebie, w siebie, w świat, w to co możemy zrobić my, jako ludzie. po prostu żyj, ja po-prostu-żyję od kwietnia. dwa załamania przeszłam, ale nie mam czasu na myślenie o tym, zajmuję się sprawami odrywającymi mnie od tego. też zacznij. odzwyczaj się od analizowania, przemyśleń. tak jest lepiej.

(hulaj dusza, piekła nie ma)