czwartek, 27 listopada 2008
uwertura mojego przemijania?
Za oknem cicha, zimowa noc. Droga przed domem jak zawsze pusta. W oknach płonie tylko światło włączonego komputera. Kila wypitych butelek wala się pod nogami dając sumieniu nauczkę.
I jest rachunek sumienia. Analizowanie każdego kroku, i tak cicha potrzeba łez, których nie sposób już wylewać. Przez ile miesięcy można wylewać łzy… ? Blokuje w sobie ludzkie odruchy. Patrzę tempo w jeden punkt między monitorem a jednostką centralną, na różowo- beżowej ścianie i zastanawiam się.
Czekam na wnioski, może księżyc, może droga, może szum alkoholu mi powie, co się stało w moim życiu i kiedy, że taki ze mnie nieudacznik.
Ciężko zmienić w sobie rzeczy, które są tak… tak zapisane w moje DNA. Moja cena spada, a ja czuję się jak serek wiejski na półce sklepowej. Ten serek jest chyba po terminie, i chyba należy go wyrzucić.
Huczą mi w głowie niemiłosiernie słowa, które mówiono do mnie. Wiele słów, które doprowadziły mnie do tego, że gasły mi oczy a świat zaczął sprowadzać się do czterech ścian i rozmów z kartkami. Który raz wpadam w ten sam stan ? nie wiem, chyba nie chce wiedzieć.
Strasznym tchórzem jestem. Napisze to sobie na nagrobku. ‘umarła na tchórzostwo’ albo ‘ umarła na ucieczkę’ .
Chciałabym czasem mieć kogoś, komu powiedziałabym, że mi źle, a ten ktoś zrobiłby coś, żebym mimo wszystko miała siłę. Nie tak na niby, ale naprawdę. Nie wiem, już czym jest przyjaźń, nie wiem czym jest miłość, nic już nie wiem, nikim już nie jestem. Prawdziwego lisa – Przyjaciela. Nie ma tego. Nic nie ma.
Okrutna prawda jest taka, że Ari zawsze, choćby nie wiadomo kim była, co uczyniła i ile dała pozostanie sama. Zawsze, mimo wszystko.
Wierzyłam w siebie do dnia w którym w przyjaźń wierzyłam. Bądź do dnia w którym przestałam wierzyć, że na nią zasługuje.
Dusza mi się rozpada na molekuły i atomy.
Dusza mi skwierczy palona przez miliony niepokojów.
Dusza mi umiera.
Ja w sobie umieram.
Zamknij mnie, zamknij proszę.
Nie chce już nic.
Już od nikogo.
Już dajcie mi wszyscy święty spokój.
Już Żygam tym wszystkim co tak kruche.
…już nie mogę.
pusto, zimno, mdło. - uciełam sobie skrzydła.
Chciałabym kiedyś nauczyć się pisać o samotności w wydźwięku uśmiechu pokory. Chciałabym czasem nie przeżywać , nie przeczuwać, nie czuć absolutnie. Wypala się we mnie rzecz, która była jedyną odskocznią – wypala się we mnie radość. Zostałam rzucona na głębokie wody już kilka lat temu, i zawsze, zawsze borykam się z tym samym problemem. Kiedy zaczynam mówić- gani się mnie za słowa, kiedy się otwieram – zamyka się mnie absolutnym chłodem serc, a kiedy jestem silna i odległa, nikt nie zauważa we mnie potrzeby ciepła.
Nigdy nie skrępowałam nikogo liną powinności. Tak lubiąc szczerość i naturalność relacji, tak ceniąc u Was / u Ciebie / U Niego czy u Niej chęć. Ceniłam.
Lubię formę przeszłą czasowników wyrażających czucie. Takich jak wierzyłam, kochałam, trwałam, czułam, radowałam się. Tak nieodzownie poznaje coraz to głębsze spustoszenie swojego ‘ja’ poprzez tę właśnie przeszła formę.
Dziś czuje się tak niczyja i tak niewidzialna jak może czuć się człowiek w momencie kiedy zostaje sam. Uwierzyłby mi ktoś, gdybym powiedziała, że się śmieje z siebie? Przecież ideologia pojawiania się w postaci cichego anioła i znikania kiedy spełni się swoja misje była mi tak dobrze znana, tak często wprowadzałam ją w życie. A teraz… chyba chciałam po części być fragmentem czyjegoś świata, chyba chciałam czuć, że mam się dla kogo budzić, dla kogo śmiać i dla kogo mogłabym zrobić wiele. To nie kwestia poświęcenia, a kwestia…ludzkiej duszy pozostawionej samej sobie na pustkowiu zdrady, kłamstwa i wykorzystania. Bolało. Wbijało się w serce jak rozgrzane sztylety. Bolała tamta miłość, bolały fundamenty wariatkowa, bolała niemożność bycia kimś dla kogokolwiek, bolało niemiłosiernie, wykręcało z bólu dusze, wymiotło ją z uczuć do cna.
Znowu pozostaje mi jedyny przyjaciel, klawiatura. Rytmiczne uderzanie w nią, kilka słów żeby było mi łatwiej i potem kolejna maska i kolejne udawanie, że mnie nie ma dla nikogo, że mój świat zamknął się w skorupce orzecha włoskiego a moje marzenia ograniczyły się do modlitwy o spokój.
Spustoszenie. Tragiczne w swym wydźwięku, milionowe w swoim trywialnym akcie, i takie tylko moje i tylko dla mnie. Już nigdy nikomu nic o sobie. Już nigdy nikomu o tym czego pragnę , już nigdy nikomu o tym, że mi zależy, już nigdy nikomu o żadnym duszy odczuciu, już nigdy nikomu. Tak właśnie człowiek zamyka drzwi swojego świata przed rzeczywistością, udając że każdy kolejny dzień jest tylko dniem, że samotność jest przeznaczeniem, że ból kiedyś obróci się w radość.
Kiedy przestane znosić? Kiedy wyleje się we mnie to co tak skrzętnie w sobie na nowo ukrywam? Kiedy zacznę myśleć, że dla mnie jest już za późno.
Wiem jedno. Zaufanie niszczy. Kiedy pokazuje siebie, tracę nawet tak skromne szanse jak przyjaźń. Wszystko tracę kiedy proszę o pomoc, tracę, gdy nie umiem sobie poradzić przez chwil kilka, tracę kiedy pragnę tylko zwinięcia się w kłębek obok człowieka któremu ufam nieskazitelnie i pełnie i wylania tych litrów łez, które we mnie.
Ile znieść może jeden człowiek?
Ile jeszcze ja mogę znieść…
czwartek, 7 sierpnia 2008
Horyzonty Naszych marzeń goreją błękitem
Przyniosła Mu szczęście w zieleni swych oczy
Jego ramiona stały się jej przystanią.
Szaleństwo świtu po nocy pełnej piękna
Skarbnica uniesień, hymn do przestworzy
Urodzeni, by spłonąć
W siebie wzajem wpatrzeni,
Po wypowiedzeniu zaklęcia
Zaiskrzą silnym ogniem
A spaleni na popiół
Kiedy wzejdzie jutrznia
Narodzą się jednością.
czasem jeszcze pamiętam Twój zapach. tylko czasem jeszcze płacze.
środa, 6 sierpnia 2008
naucz mnie kochać.
Czasem mi jakoś mdło, mdłości te spowodowane samotnością. Jakoś mi tak dziś właśnie mdło. Bo Ty nie szukasz, choć ja mogłabym znaleźć. Bo przecież … no właśnie. Rozpatruje przebiegle swój współczynnik odpowiedzialności. Nie miałam tej potrzeby, więcej , bałam się, a dziś mnie wypełnia tak okrutnie, że aż się przelewa. Wypełnia mnie. Tylko nie taka ot, chwilowa potrzeba zaspokojenia , a potrzeba czegoś głębszego.
Czego ja wymagam od siebie? I od ludzi? Nie wiem. Chciałam tylko czuć, jak dawniej, ale wszystko tak wygasa we mnie. Jak się budzi jakaś iskierka nadziei ‘ bo słoneczny tak był jego uśmiech’ to gaśnie i ja zaczynam sobie uświadamiać, że jestem beznadziejna chyba, i że nie ma co się wysilać.
I czuje się nijako.
I chyba wole oczy swoje ukryć w tym burzowym niebie.
I nie pytaj już o nic, ja wysiadam z tego pociągu.
Zielona herbata i Carroll
Chciałam spleść palce z czyimiś palcami, tylko , że wszystko jest więcej warte niż ja.
Cisza.
wtorek, 5 sierpnia 2008
Było woodstockowanie. Była masa śmiechu, masa ciekawych przeżyć, masa świetnych ludzi. I była Ona. Silniejsza, doroślejsza i szczęśliwa Zuzanna. Taka jaką znam, i jaką kocham. Nie interesuje mnie co mają do powiedzenia. Było różnie, ważne, że teraz jest dobrze, jest bardzo dobrze.
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Jest wiele szczęścia, uśmiechu, masa tak pięknych wspomnień, w cholerę nowych wspaniałych ludzi. Takich , których się nie zapomina.
Nigdzie nie było tak pięknie jak tam, w czasie tamtych nocy, z muzyką , miłością i przyjaźnią, wśród tego co jest najważniejsze i wśród tych którzy są ważni.
Nie wiem co powinnam opowiadać, nie da się tego opowiedzieć w kilku słowach. Wszystko było wspaniałe.
‘nikt, nie był mi, nigdy, tak bliski jak Ty’
Danielu, wystarczy, że jesteś.
Zuzanka? ‘ cały świat leży w Twoich dłoniach, a horyzonty szczęścia w Twych oczach mieszczą się’
Jest dobrze.
I jestem szczęśliwa.
Dziękuje Woodstock!
środa, 30 lipca 2008
'speć palce z moimi palcami'
To zupełnie niepotrzebne. Mailowanie, ten dekadencki wręcz styl , ten do ból profesjonalny, wyuczony styl… ‘ w oczach mam deszcz, choć bezsenną nocą jestem kromką chleba z dżemem, ale gdy ktoś Ci powie że odeszłam, nie wierz’
Nauczyłam się wręcz profesjonalnie tracić. Jakie mi to słodko obojętne, to nie przywiązywanie się, tak jak słodko obojętne mi teraz tamte z Tobą wspólne dni. Nie mam szansy na ‘normalność’ ale nie mam też zamiaru zamykać sobie drzwi szczęścia. Przecież jestem szczęśliwa. W głośnikach sundtrack z ‘across the universe’ , w duszy perspektywa ciekawych kilku dni, przecież mój świat bez Ciebie się wcale nie zmienił. Nie przestał być zielony, nie przestało w nim świecić słońce, nie przestało świtać, nie przestało zachodzić. Wszystko toczy się spokojnym rytmem normalnych dni. Wiem, że tęsknie, nie wiem tylko czy za Tobą czy za świadomością Twojej obecności.
Kolejny rozdział zamknięty.
Kolejne kilka dni spokojnego egzystowania.
Nauczyłam się żyć bez Ciebie.
„ miała zielone oczy pełne szczęścia
całą energie w uśmiechu zaklętą
musisz przyznać, że była piękna
z radości skakała jak małe dziecko
nie biegnij wciąż głupio za nią
nie rób jej krzywdy poszukiwaniem
to wszystko co było dawno przegrałeś „
autor tego powyżej ma świętą racje.
Dziękuje Z.
wtorek, 29 lipca 2008
po raz pierwszy powiem Wam...
Zaprosiłabym Cię do siebie
Do mojego domku nad rzeka
Do cichego świata bez wspomnień
Pełnego purpury i mleka
Zaprosiłabym Cię do siebie
Na filiżankę zielonej herbaty
Na cieple rozmowy do nocy
Przy ogniu kominka
Zaprosiłabym Cię do siebie
Do swych ogrodów zielonych
Do korytarzy tajemnych
Z dziwnymi obrazami na ścianach
Zaprosiłabym Cię do siebie
Do mej duszy zakątków
Do mych marzeń malowideł
Zaprosiłabym gdybyś umiał usłyszeć...
Taka słodka ona w pomarańczach. Świat stanął na głowie, dzieje sie tyle , że człowiekowi brak oddechu. ahy, ehy i inne wzdychania, a wszystko rozpędzi sie max. juz za kilka dni. Tak moi Państwo ; Woodstock z Nią ;)
czyli czas najwyższy pokazać , żę umiemy żyć naprawdę Mia Bella ;*